Witam was serdecznie w co tygodniowym Fan Fiction z Overwatcha, będącym króciutkimi przerwami między artykułami poświęconymi samej grze. Co tydzień nowy temat, nowa historia. Serdecznie zapraszam ~ Psycho (Amator jakich mało)

 

Żółtodziób

Jesse zaklął po raz kolejny, gdy śrubka mocująca obudowę uchwytu wyleciała z dziurki i z brzękiem uderzyła o blat drewnianego stołu. Zanim zdążyła przeturlać się do krawędzi, chłopak capnął ją dłonią i ujął w dwa palce, trzymając w drugiej szkielet rewolweru. Powoli wsunął brakujący element na swoje miejsce, po czym sięgnął po śrubokręt krzyżakowy. Z determinacją na twarzy wkręcał mocno śrubkę. Pot ściekał mu z czoła do, którego kleiły się długie włosy.

Jeszcze mu pokażę, pomyślał, pokażę mu, że nie jestem takim żółtodziobem. Nie dam się tak ośmieszać. Nie ja.

Jakieś dwa dni temu, młody, siedemnastoletni Jesse McCree, świeżo upieczony kadet elitarnej grupy uderzeniowej Overwatch, pokłócił się kapitanem Gabrielem Reyesem. Spór wybuchł gdy młody chłopak przyuważył śmiejącego się przy wejściu dowódcę podczas gdy on ćwiczył strzelanie na strzelnicy. Szło mu znacznie gorzej niż kiedykolwiek. Wszystko z powodu tych pistoletów od agencji Overwatch; były znacznie lżejsze niż dobrze znane jego dłoniom magnumy czy unici; rewolwery pierwszej klasy. Odrzut był znacznie większy niż sądził. Bolały go kciuki po każdym strzale. W dodatku te pistolety nie posiadały magazynków. Miały jednak małe generatory energii, które wystrzeliwały niebieskie smugi zamiast naboi. Po wyładowaniu generatora, czyli po wystrzeleniu około trzech tuzinów smug, tarcza hologramowa wyglądała jak ser z dziurami. Nie potrafił posługiwać się tym typem broni palnej. Wolał stare dobre rewolwery, na jakich się wychował. Reyes nie śmiał puścić płazem okazji by nie wyśmiać go od żółtodzioba gdy zobaczył jego tarczę. Oczywiście młody rewolwerowiec nie zmierzał dać mu tej satysfakcji i zaczął ponownie strzelać, skupiając się jak nigdy. Efekt był jeszcze gorszy niż przedtem; żaden pocisk nie trafił nawet w trzecie najbliższe koło. Kapitan zaśmiał się tylko głośniej, podszedł do niego błyskając białymi zębami i ujął pistolet w swe dłonie. Szybko wyczerpał całą energię generatora, wystrzeliwując wszystkie smugi. Młody agent stał jak wryty, obserwując z otwartymi ustami jak smugi trafiają w sam środek tarczy hologramowej. Na koniec, Reyes zdmuchnął niebieskawy dymek z lufy. Odłożył rewolwer na blat po czym zachichotał. Wychodząc, strącił kapelusz Jessiemu i dodał:

-Radziłbym ci się przenieść na miejsce sprzątaczki. Może tam w końcu trafisz; mopem w wiadro!- rzekł i z szerokim uśmiechem wyszedł ze strzelnicy.

Młody rewolwerowiec skończył wreszcie skręcać chwyt. Odrzucił śrubokręt na bok. Z dumą spojrzał na swe dzieło. Stalowy rewolwer, ciężki, z bębenkowym magazynkiem, długą lufą. Uśmiechnął się i odgarnął włosy z czoła.

-Już ja ci pokażę kto jest żółtodziobem.- rzekł.-

***

Gryzący zapach dymu wciskał mu się w oczy i nos. Kaszlnął. Zacisnął prawą dłoń na gruzie, łamiąc sobie paznokcie. Widział nad sobą rozwaloną ścianę, poszarpaną. Koło niego walały się cegły. Stęknął. Z trudem obrócił się na bok pomagając sobie prawą ręką. Omiótł wzrokiem gruzowisko. Gdzieniegdzie płonął ogień. Przed sobą zobaczył wystające ze sterty cegieł działo koloru fioletowego; pozostałość po robocie bojowym typu Bastion. Po lewej dalsza część zniszczonego domostwa. Nagle zobaczył to czego tak szukał; stalowy, bębenkowy rewolwer. Leżał przy wygiętej i migającej lampie, jakieś dwa metry od niego. Instynktownie wyciągnął lewą rękę w kierunku broni. Jednak za miast całej ręki, widział tylko kikut z wystającą kością i obrzydliwy strupem na ranie.

-No tak…- jęknął.- Cholerny Bastion…-

Pomógł sobie prawą i nogami. Czołgał się wśród cegieł niczym ranny żołnierz. Jeszcze tylko kawałek…

-Jak zwyyyyykleeeee.- odezwał się głos za jego plecami. Głos zniekształcony, pełen syczącej i słyszalnej furii. Głos, który kojarzył.-

Obrócił się znowu na plecy, boleśnie wbijając swój kikut w jedną z cegieł. Oczy rozwarły mu się z przerażenia. Stała przed nim postać. Wysoka w czarnym płaszczu z kapturem. Spod kaptura unosił się czarny dym. Jesse poczuł jak kark mu płonie.

-Nic się nie zmieniłeeeeeeś…- syknął.- Żółtodziób…-

Jesse już wiedział skąd zna ten głos. Rzucił się całym ciężarem na rewolwer zanim Gabriel Reyes zdążył unieść strzelbę. Zacisnął prawą dłoń na Rozjemcy i szybko odwrócił się na plecy. Mignął mu obraz Reyesa wyciągającego w jego stronę broń. Ten jednak zacisnął zęby i nacisnął spust. Huknęło jak z armaty. Rozległ się krzyk i dziwny dźwięk; jakby odgłos falującej zasłony. Otworzył wcześniej zamknięte oczy. Czarna postać rozwiewała się na jego oczach, uniosła się ku niebu. W miejscu kaptura widać było dziurę teraz już niewidoczną, gdyż zlała się z tą dziwną masą. Wszystko ucichło.

Jesse leżał tam zszokowany. Cały dygotał. Doszedł do siebie po paru głębokich wdechach. Uśmiechnął się i schował kikut pod płaszcz.

-Już nie taki żółtodziób, głupi staruchu…-zachichotał.-

Spojrzał raz jeszcze na kikut.

-Angela i Ana mnie zabiją…-

Autor fanarta z okładki: @yshanggua2

 

Similar Posts